PO PROSTU POKONAŁAM RAKA…
Mięsak groniasty RMS embroynale/alveolare
[Rozmiar: 51241 bajtów]
Sierpień 2005
[Rozmiar: 16108 bajtów]
Sierpień 2006

Jest sierpień. Leżę na plaży, nad morzem, zatapiając się w gorącym piasku i czując na każdej części mojego ciała muśnięcie słońca. Nie widzę granicy między Niebem a Ziemią. Morze tworzy jedną całość z armią śnieżnobiałych chmur, przypominających anielskie skrzydła. A towarzyszy temu delikatny podmuch wiatru i szum szemrzących, szukających brzegu fal. Ten raj na Ziemi odkrywam w sierpniu 2006 roku. Leżę na nieziemskiej plaży, miesiąc po zakończonym leczeniu onkologicznym, gdy jestem znów zdrowa i silna, o wiele silniejsza, niż kiedykolwiek!!! Leżę na piasku, po roku, w ciągu którego bardzo często zastanawiałam się, kiedy znowu zobaczę morze. W to, że je zobaczę, nie zwątpiłam ani razu. Może dlatego, dane mi jest wciąż podziwiać jego piękno?
„Jeśli czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, aby udało ci się to osiągnąć” (Paulo Coelho) Ja osiągnęłam wszystko, czego można pragnąć…
po prostu pokonałam raka!!!
Lato 2005 roku spędziłam na Lazurowym Wybrzeżu. W czasie wakacji byłam opiekunką do dzieci, bo już za pół roku miałam skończyć osiemnaście lat i zdać upragnione prawo jazdy, na które trzeba było zapracować. Wiele czasu spędzałam z dziećmi na basenach, w morzu i na statkach, gdzie nabawiłam się zapalenia pęcherza. Na szczęście kłopoty zaczęły się pojawiać dopiero pod koniec pobytu, więc planowałam wizytę u lekarza już w Polsce. Tym czasem, ostatnią noc wakacji miałam spędzić jeszcze, na pilnowaniu pięcioletniego chłopczyka. Postanowiłam jednak, nie pracować już ostatniego wieczoru. Chciałam spędzić go na plaży, pod gwieździstym niebem.
-Jeśli miałabym już nigdy nie zobaczyć morza, chcę patrzeć na nie i upajać się jego dźwiękiem jeszcze przez tę jedną, ostatnią noc- pomyślałam, wówczas nie zastanawiając się, dlaczego przyszło mi to do głowy.
Noc była cudowna.
Po powrocie do kraju, przez dwa tygodnie zażywałam tabletki na zapalenie[Rozmiar: 17383 bajtów] pęcherza. Było coraz gorzej. Przez pierwszy tydzień września zwalniałam się z lekcji, by móc się załatwić, a potem, gdy pęcherz dokuczał mi bez przerwy, po prostu nie chodziłam do szkoły. Pewnej nocy obudziłam się z narastającym bólem brzucha, promieniującym u dołu. Poszłam do toalety i nie umiałam oddać moczu, przy czym pęcherz był tak wielki iż nie mieścił się już pod pępkiem. Tej nocy nie zmrużyłam oka, modląc się by jak najprędzej nastał upragniony dzień. Wydawało mi się, że noc trwała długich 10 lat, a nie tylko 10 godzin. Rano, z wciąż przenikającym bólem, udałam się do szkoły, z której szybko wróciłam ze łzami cieknącymi po policzkach. Nie wiedziałam, co się dzieje i dlaczego zapalenie pęcherza jest tak bolesne? Wieczorem, po dwudziestu czterech godzinach od czasu, gdy ostatni raz oddałam mocz, karetka zabrała mnie do szpitala rejonowego, na oddział dziecięcy. Tam, założono mi cewnik oraz podano antybiotyk, na silne zapalenie pęcherza. Po kilku dniach, nie było żadnej poprawy.
-Na pewno mam kamienie nerkowe i zostanę poddana strasznej operacji- myślałam przerażona.
Perspektywa spędzenia kolejnych dni w szpitalu wydawała mi się koszmarem, a operacja, końcem świata. Po kilku dniach zostałam poddana badaniu USG. Po chwili Pani Ordynator Danuta Gmyrek przyszła do mnie do sali i spytała, jak szybko moja mama, może przyjechać do szpitala. Przestraszona zadzwoniłam po rodziców, gdyż mnie samej, lekarz nie chciał nic powiedzieć. Badanie USG powtórzono kilka razy, po czym dowiedziałam się, że na pęcherzu mam „jakiegoś guza”. -To na pewno nic poważnego, wytną go i po sprawie- wciąż słyszałam naiwne odpowiedzi na stawiane przeze mnie pytania.
[Rozmiar: 50652 bajtów] Na oddziale dziecięcym poznawałam kolejne koleżanki, które wychodziły do domu, wciąż się zmieniając, a ja ciągle leżałam na tym samym miejscu. Później zostałam przeniesiona na oddział urologii, gdzie poddano mnie cystoskopii. Nie miałam pojęcia, czemu służą wszystkie badania, co się dzieje i co miało się jeszcze stać. Wciąż pytałam, ale nikt nie chciał udzielać odpowiedzi. Po cystoskopii cała rodzina dzwoniła, by dowiedzieć się o wynik badania, i cieszyła się niezmiernie, gdy okazało się, że „jest czysto”. Na mnie wynik nie robił wrażenia, gdyż nie wiedziałam co oznaczało iż „jest czysto” i co oznaczałoby, gdyby tak nie było. Po kilku dniach zostałam przewieziona na oddział ginekologiczny. Tam poddano mnie biopsji. Nikt nic mi nie mówił, co powiększało jedynie strach i obawy. Coraz częstsze odwiedziny, słowa „wszystko będzie dobrze” i zapewnienia, że „poradzimy sobie nawet, gdy będzie bardzo ciężko” zaczęły jeszcze bardziej mnie niepokoić. Ale wciąż niczego nie świadoma, całymi dniami przyjmowałam odwiedzających mnie przyjaciół i liczyłam godziny, do powrotu do rówieśników. Kilka dni po wykonanej biopsji, wreszcie wyszłam do domu. Tam, czekałam na wynik badania histopatologicznego.
Rhabdomyosarcoma embrionalne
- przeczytałam pewnego dnia na opisie zbadanego wycinka, ale nazwa łacińska nic wówczas dla mnie nie znaczyła. Tekst poniżej jednak mówił sam za siebie- nowotwór złośliwy. Podeszłam do lustra, spięłam długie, ciemne i kręcone włosy, założyłam na nie chustkę i powiedziałam, że tak będę wyglądać na łyso.
- Wcale nie - usłyszałam niepewną odpowiedź mamy.
Chociaż nikt nadal nie chciał mi odpowiedzieć na żadne pytanie, ja już przeczuwałam, co mnie czeka. Dwa dni później, 10-go października 2005, znalazłam się w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.
Urodziłam się 21 stycznia 1988r., ale to dzień 10-go października, zawsze będzie dla mnie dniem szczególnym, dniem zadumy i refleksji, dniem, w którym zostało mi podarowane nowe życie. Nikt, kto choć raz pojawił się na onkologii, nie wyjdzie stamtąd taki sam. Tam, zmienia się całkiem spojrzenie na świat, zmieniają miejsce wszystkie dotychczasowe wartości, a pieniądz jest tylko bezwartościowym papierem. Zdrowia i szczęścia nie można za nic kupić, ale można o nie walczyć! Myślę, że szczęście tkwi głęboko w każdym z nas. To my musimy je zauważyć i pozwolić mu wypłynąć. Często szczęście tak długo pływa, wokół, że po pewnym czasie się topi, bo wcale go nie dostrzegamy. Dzięki ludziom, których poznałam w trakcie leczenia, staram się dostrzegać dobro i piękno we wszystkim i w każdym. Bo cuda zdarzają się bardzo często, a ja, w ciągu ostatniego roku doświadczyłam ich wielu.
Chłodnego październikowego wieczoru wysiadłam na dworcu Warszawa Centralna i wsiadłam do autobusu 525. Długo jechałam, za oknem podziwiając Pałac Kultury i Nauki, wieżowce górujące nad miastem, składające się z miliona małych, świecących krateczek. Mijałam ogromne centra handlowe, przejeżdżałam ulicami, otoczonymi dużą liczbą starych budynków, a wszystko było szare i przygnębiające
- Ja tutaj nie pasuję - myślałam przez całą drogę. – Warszawa jest nie dla mnie, nigdy nie polubię tego miasta.
Ale miasto to nie budynki, wieżowce czy sklepy. Miasto tworzą ludzie. A ja w czasie zeszłego roku, poznałam tam nie ludzi, lecz aniołów. Dzięki nim, pokochałam Warszawę ze wszystkimi jej niedoskonałościami. Rok spędzony w stolicy wspominam niezwykle przyjemnie i chętnie tam powracam.
Po prawie godzinnej podróży wysiadłam przy CZD i udałam się do hotelu, gdyż rano miałam zostać poddana wielu badaniom. Leżąc w łóżku, długo nie mogłam zasnąć, zastanawiając się, co przyniesie jutro, jakiemu leczeniu zostanę poddana i czy stracę moje ukochane włosy.
Rano, obudził mnie chłodny wietrzyk, tańczący wesoło na czubku mojego nosa, który nieśmiało wyściubiłam spod kołdry. Zaciekawione słońce podglądało mnie zza zasłony, a zapach rosy wkradał się jak złodziej przez otwarty balkon. Udałam się do przychodni onkologicznej. Natychmiast zostałam przyjętą na oddział i poddana wszystkim potrzebnym badaniom. Wydarzenia rozgrywały się tak szybko, że nie potrafię sprecyzować ilości badań, dokładnych dni, ani czasu ich trwania. Czwartego dnia, zostałam już poddana chemioterapii. Postanowiłam sobie, że będę najdzielniejszym pacjentem oddziału i żaden lekarz, pielęgniarka ani nikt inny nie zobaczy nigdy moich łez J Niebawem zrozumiałam, że to nie łzy czy ich brak są symbolem zwycięstwa, ale wola walki i to, czy potrafimy podnosić się po każdym kolejnym upadku. A w ciągu leczenia miało ich być bardzo wiele…
Zostałam poddana scyntygrafii kości, mielogramowi, USG jamy brzusznej i tomografii… To badanie pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Po pobraniu szpiku kostnego, musiałam leżeć na płasko przez 24 godziny, ale została do zrobienia jeszcze tomografia. Przewieziono mnie na łóżku na odpowiednie piętro, gdzie położyłam się w kolejce. Miałam już wówczas założony cewnik, który był dla mnie BARDZO uciążliwy. Niestety, zgubiono moje skierowanie i wciąż trzeba było czekać. Cewnik bardzo mi dokuczał, a minuty płynęły niezwykle wolno. Leżałam sama pod ścianą, bo towarzyszący mi tato pobiegł po drugie skierowanie. Obok przechodzili ludzie, zastanawiając się, co ja tam sama robię i gdzie są potrzebne papiery, a ja czułam się bardzo bezsilna, obolała i zażenowana, gdyż nagle mój cewnik zaczął przeciekać. Miesiąc wcześniej, silna i opalona leżałam beztrosko na plaży pod palmami. Wówczas, już po miesiącu leżałam na twardym łóżku szpitalnym, przewożona od jednego badania do drugiego, gdzie za każdym razem trzeba było tłumaczyć od początku, co mi jest i dlaczego tam się znajduję. Leżałam pod ścianą, naga, z opadającym prześcieradłem, mokra, od przeciekniętego cewnika i pozostawiona samej sobie… było mi zimno i źle, a jedyną ulgę sprawiały gorące łzy płynące niczym rwąca rzeka, po każdym policzku. Następne tomografie były już badaniami bezbolesnymi i wszystko przebiegało prawidłowo. Dzisiaj uważam, że tomografia jest jednym z najprzyjemniejszych badań, a tylko ta jedna utkwiła mi głęboko w pamięci. Było to jedno z najgorszych wydarzeń, jakich doświadczyłam podczas leczenia. Myślę, że nie ból fizyczny, który towarzyszy nam podczas ścieżki onkologicznej jest najgorszy, ale zdarzenia, które odbierają nam resztki człowieczeństwa. Długo zastanawiałam się, czy opisać powyższe emocje, które po dziś dzień wywołują u mnie morze łez. Jest to fragment mojej opowieści, który opisując, przypłaciłam największą ilością płaczu i smutku. Długo myślałam nad jego zamieszczeniem, bo poprzez moją opowieść chciałam ukazać przecież, jak wiele dobra i szczęścia mnie spotkało oraz ilu cudów doświadczyłam. Ale jakże byłabym niewiarygodna opisując jedynie piękno. Myślę, że życie jest bardzo sprawiedliwe i otrzymujemy wszystkiego po równo. Dlatego, gdy spotyka nas wielkie dobro, jakiego doświadczam od ludzi nieustannie, często przytrafia nam się równie wielkie zło. Lecz czyż już nasz wieszcz nie pisał, iż
„Lepiej jest płynąć, choć niebo się chmurzy,
Niż morskiej nigdy już nie doznać burzy”

(A. Mickiewicz „Giaur”)
Wszyscy wiemy, że przy leczeniu chemio- i radioterapią towarzyszą nam wzloty i upadki, momenty, w których wydaje nam się, że już nigdy nie pokonamy raka, chwile, kiedy ciężko jest mówić, jeść i nawet oddychać. Ale, gdy już wydaje nam się, że straciliśmy całkowicie nadzieję, przychodzą dni, gdy świat się do nas uśmiecha, wyciąga po nas ręce i wysyła nam ludzi, dla których warto żyć i dla których warto walczyć, a po każdym upadku znów się podnosić. Mnie tacy ludzie byli zsyłani nieustannie. Myślę, że ci posłańcy są oddelegowani do wszystkich cierpiących, trzeba tylko dostrzec ich pomocną dłoń wyciągniętą w naszym kierunku. Gdy czujesz się samotny i pozostawiony sam ze swoim problemem, otwórz szeroko oczy i otwórz serce na pomoc, która stoi tuż obok! Być może jest to numer telefonu do kogoś, kto zmagał się z tym samym problemem, być może to osoba, która leży na sąsiednim łóżku i także cię potrzebuje, może dawni przyjaciele, których sam odrzuciłeś, a może ktoś obcy, mijający cię na korytarzu i uśmiechający się przyjaźnie. Myślę, że gdy my będziemy nastawieni pozytywnie do świata i ludzi, oni też przyjmą nas z otwartymi szeroko ramionami, we włosach czy bez, ze wszystkimi kończynami lub bez nich, widzących lub niewidomych. Mimo różnic zewnętrznych, wszyscy bowiem potrafimy kochać i dawać siebie innym!
Pierwsza osoba, która odmieniła moje życie została mi zesłana już drugiego dnia mojego pobytu na oddziale onkologii. Wówczas, największym problemem były dla mnie… włosy. To on uświadomił mi, co jest największą wartością w życiu i jak włosy mało są ważne przy całym świecie, o który toczy się gra. Rozmawialiśmy przez godzinę, ale rozmowa ta dała mi siłę na cały rok walki. Podczas tej godziny zrozumiałam, że nie wygląd zewnętrzny liczy się w życiu, ale barwa naszej duszy. Nie zależy mi przecież na opinii ludzi, którzy będą patrzeć się na łysą głowę. Mnie, zależy na ludziach, dla których liczę się ja, a nie moje ciało. Następnego dnia poszłam ściąć włosy, a warkocz do dzisiaj leży schowany w szufladzie. Najpierw włosy ścięłam na długość 5cm, ale dwa dni po pierwszej chemii, gdy zaczęły się przerzedzać, zgoliłam je na zero. Mnie włosy nigdy nie wypadły, zgoliłam je sama i myślę, że dzięki temu, wygrałam pierwszą bitwę. To ja się ich pozbyłam, a nie rak. Wzbudzałam zainteresowanie na oddziale, gdzie zawsze obserwuje się „nowych”. Każdy zwracał uwagę, gdy chodziłam już łysa, ale ja byłam dumna, gdyż bardzo spodobał mi się nowy image  Tak zostało do końca leczenia. Nosiłam chusteczki, albo chodziłam bez nakrycia głowy. Nigdy nie miałam peruki.
Pierwszą chemioterapię zniosłam doskonale. Nie odczuwałam żadnych skutków ubocznych i łudziłam się, że tak pozostanie do końca… Po pierwszej chemii założone zostało mi dojście centralne - cewnik Broviack, bez którego nie wyobrażam sobie leczenia. Cewnik założony był operacyjnie, a kabelek włożony został przez szyję. Jego ujście, na którym założony jest opatrunek, znajduje się nad lewą piersią. Opatrunek należy zmieniać w sterylnych warunkach, co dwa dni, a z cewnikiem nie można się kąpać w morzu czy basenach. Jest to niczym, w porównaniu z korzyściami, jakie płyną z jego posiadania. Po pierwszej chemii, która podana została mi przez welflony, moje żyły nie nadawały się już do kłucia. Aby założyć welflon kłuto mnie po 8 razy, po czym po kilku godzinach welflon przestawał działać. Oczywiście towarzyszył temu mój gorzki płacz i żal… Teraz, gdy mam Broviack’a stres związany z kłuciem znikną na zawsze.
Między pierwszą, a drugą chemią, zostałam na onkologii i przyjechali mnie odwiedzić przyjaciele. Bardzo miło wspominam ten czas, gdyż wtedy jeszcze mogłam spacerować i podziwiać złotą jesień w Warszawie. Wówczas tez poznałam kolejnych wspaniałych ludzi.
Ewelina Książka, Ania Śrótwa i Michał Bijak, to pacjenci, którzy towarzyszyli mi w pierwszym okresie pobytu na onkologii, kiedy czułam się tam jeszcze nieswojo. Oni opowiadali mi o chorobie, o sposobie jej leczenia i dali mi świadectwo prawdziwej nadziei. Michał był dla mnie wzorem cierpliwości i opanowania podczas tak trudnych dni. Razem z dziewczynami przeżywałam stany radości, smutku, żalu i złą kondycje fizyczną. Przy drugiej chemii, bowiem przekonałam się na własnym przykładzie, co wpuszczane jest do moich żył. Od pierwszego dnia, pięciodniowej chemii wymiotowałam po każdym kęsie wszelkich pokarmów wziętych do ust. A po dniu drugim, wymiotowałam już na każdą myśl o jedzeniu. Codziennie o 12.30, gdy na siódme piętro wjeżdżał obiad, ja szczelnie opatulałam się kołdrą, by nie czuć najdelikatniejszego zapachu pożywienia. Talerze z posiłkami szczelnie zamknięte były w wielkim metalowym pojemniku, ale ja czułam je, gdy jeszcze nie wyjechały z widny. W czasie chemioterapii wyostrza się węch pacjentów. Pewnego dnia podczas chemii, nagle poczułam zapach budyniu, który od razu przyprawił mnie o mdłości. Natychmiast poprosiłam mamę, by poszła sprawdzić kto je budyń, ale ona zajrzała do sali obok, gdzie nikt nic nie jadł. Zapach nie dawał mi spokoju i wciąż prosiłam by poszła sprawdzić, skąd się dochodzi. Okazało się, że pacjent na drugim końcu oddziału, oddalony ode mnie o 6 sal zajadał się przysmakiem. Sytuacja bardzo mnie rozbawiła, ale było to bardzo uciążliwe. Najczęściej chowałam się przed nimi pod kołdrę, lub kładłam pod nos woreczek z proszkiem do prania, ale i tak wszelkie zapachy przyprawiały mnie o mdłości przez okres całego leczenia.
Potem była trzecia, czwarta i kolejne chemie. Po każdej wracałam do domu na kilka dni, w czasie których leżałam w łóżku i z trudnością chodziłam nawet do toalety. Po czym po kilku dniach wracałam na oddział na powikłania. Najczęściej dokuczał mi spadek leukocytów (białych krwinek, odpowiadających za odporność organizmu) do zera, co wiązało się z możliwością zarażenia się wszystkim wszędzie i od wszystkich. Jakiekolwiek kontakty towarzyskie mogły skończyć się dla mnie bardzo poważnymi powikłaniami. Później spadała mi hemoglobina i erytrocyty (czerwone ciałka krwi).

Siostra Małgosia i Siostra Ewa
Pewnego dnia, gdy hemoglobina spadła do wyniku 5,5 udałam się do szpitala rejonowego. W szpitalu w Kędzierzynie przez kilka godzin negocjowałam z lekarzem możliwość pozostania na oddziale w mieście,
by tam przeprowadzić
transfuzję krwi. Stałam przed nim i wymyślałam kolejne argumenty, przemawiające za pozostaniem w Kędzierzynie. Twierdziłam, że czuję się bardzo dobrze, a spadek wyników jest jedynie chwilowy. Karetka jednak czekała i udałam się do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie znów zaczęłam utwierdzać Panią Doktor w przekonaniu, że czuję się świetnie, kiedy… nagle osunęłam się po ścianie. Po chwili została mi przetoczona krew i po kilku godzinach nabrałam już rumieńców. Chyba za dużo energii poświęciłam, na negocjacje z doktorem i wyniki spadły jeszcze bardziej
Często przy powikłaniach dokuczały mi nadżerki, najczęściej w całym przełyku pokarmowym, a najbardziej w jamie ustnej, gdyż nie mogłam jeść, pić ani mówić. Próbowałam wielu sposobów na ich pokonanie, ale nic nie skutkowało. Zawsze ustępowały dopiero, gdy szpik kostny zaczynał pracować, produkując krwinki.
Pani Agnieszka- psycholog onkologii
Nadżerki znikały wtedy, w ciągu jednego dnia. Przy każdych powikłaniach podłączano mnie do kroplówek, podawano antybiotyki, a kiedy dochodziłam do siebie znów podłączano chemie. I tak siedem razy. Chemie przyjmowałam
do lutego 2006.
Poza powikłaniami
i dokuczającymi mi wszędzie zapachami, często przypłaconymi wymiotami, powstał jeszcze jeden, duży problem. Od 2000 roku jestem bowiem chora na cukrzycę typu I, co było mi niezwykle ciężko pogodzić z chemioterapią. Cukrzyca jest chorobą, która wiąże się ze stałym kontrolowaniem poziomu glukozy we krwi oraz podawaniem insuliny w odpowiednich dawkach, w zależności od tego, co i kiedy się spożywa. Dodatkowo na utrzymanie stabilnej glukozy wpływa wysiłek fizyczny oraz wszelkie infekcje. Infekcje, wysiłek oraz jedzenie- wszystkie te trzy czynniki, w przypadku leczenia onkologicznego, nie były możliwe do skontrolowania. Ciągłe wymioty sprawiły rozchwianie poziomów glikemii, spożyty posiłek, na który podałam insulinę, oddałam z powrotem, ale insulina została we krwi. Musiałam wówczas dojadać kolejne posiłki,
Agnieszka z mamą
które znów wracały na zewnątrz. Cukry jednak bardzo wzrastały, ze względu na ograniczony wysiłek fizyczny. W moim przypadku przez pół roku wysiłek fizyczny ograniczał się do przejścia od łóżka do łazienki. Natomiast trzeci czynnik, rozregulowujący glikemię- infekcje towarzyszył mi bez przerwy. Dodatkowo występowały problemy techniczne z wkłuciami do pompy insulinowej,
którą użytkuję.
W czasie leczenia bardzo schudłam, a wkłucia umieścić należy w tkance tłuszczowej, lecz u mnie jej nie było. Podczas chemioterapii, co godzinę mierzyłam poziom glukozy we krwi, co wiązało się z liczbą około dwudziestu ukłuć palca dziennie. Było to dla mnie bardzo uciążliwe, a poziomy glikemii były bardzo różne. Najważniejsze jednak było wówczas leczenie onkologiczne. Cukrzycą zajęłam się po zakończonej chemioterapii i teraz osiągam bardzo dobre wyniki.
Przez cały okres choroby bardzo tęskniłam za moimi przyjaciółmi i moją klasą. Ale oni nie pozwalali mi tęsknić. Pewnego dnia mama przyjechała do mnie na chemię i przywiozła wielką grubą i ciężką kopertę. Byłam bardzo podekscytowana, bo wiedziałam, co ona miała zawierać. Wewnątrz było około trzydziestu mniejszych kopert, a w nich długie listy od każdego ucznia mojej klasy. Każdy opisywał, co dzieje
Daria
się w jego życiu, co w szkole, a ja czułam, jakby byli wtedy ze mną. Każdy też deklarował, że cały czas o mnie myśli i pamięta. I naprawdę pamiętali. Przez cały rok. Do kopert dołączony był duży pluszowy miś, który umilał
długie godziny w
szpitalnym łóżku, a mój telefon komórkowy, dzwonił bez przerwy. Listy czytałam wiele razy, zawsze z ogromnym wzruszeniem. Do szpitala i do domu dzwoniła również moja wychowawczyni, która bardzo wiele dobrego zrobiła w trakcie mojego leczenia. Wciąż byłam w kontakcie z przyjaciółmi, którzy nie opuścili mnie ani na chwilę. Po pierwszej chemioterapii, czekał na mnie wspaniały prezent. Jedna z moich przyjaciół, Ewa, zaprosiła mnie na koncert oratorium Tu Es Petrus Piotra Rubika. O zaproszeniu poinformowała mnie w dniu pierwszej chemioterapii. Powiedziała, że rozmawiała już z Panem Piotrem i wszystko jest załatwione, a jeśli nie zjawię się w wyznaczonym terminie w Domu Kultury w Zabrzu, osobiście po mnie przyjedzie i wyciągnie z każdego szpitala. Nie słuchała wcale, gdy martwiłam się, że mogę mieć w tym czasie powikłania lub chemię. O takich usprawiedliwieniach nie było mowy, musiałam się zjawić, bo wierzę, że Ewa byłaby zdolna sprowadzić mnie nawet z drugiego końca świata. Niektórzy ludzie potrafią sprowadzić nas nawet z wąskiej granicy do drugiego świata. A moja przyjaciółka do nich należy. Myśl o zbliżającym się koncercie i podekscytowanie z tym związane, pomogły mi dzielnie znieść pierwszą chemię. Wtedy, nie miałam przecież czasu na powikłania! A sam koncert naładował mnie pozytywnie, na kolejne miesiące.
W momencie rozpoznania, miałam siedemnaście lat, ale w trakcie leczenia obchodziłam swoje osiemnaste urodziny... Każdy nastolatek czeka z utęsknieniem na dzień osiemnastki. Ja nie czekałam, bo wiedziałam, że spędzę go w łóżku. Było to kilka dni po chemii. Ogarnęło mnie wielkie zdziwienie, gdy dwudziestego pierwszego stycznia, moje samopoczucie od rana było doskonałe. Postanowiłam więc, wraz z moimi najbliższymi przyjaciółmi, że pójdziemy uczcić ten dzień jedną lampką szampana. Wieczór nagle zamienił się w ranek, a zwykłe urodziny, w niezwykle wzruszające wydarzenie. Myślę, że gdybym była zdrowa, spędziłabym ten dzień na dyskotece, bądź przyjęciu. A ja, spędziłam go we wspaniałym lokalu, o nieziemskiej atmosferze i cudownej muzyce. Całą noc tańczyłam i bawiłam się, zapominając całkowicie o chorobie, zapominając o całym świecie. Dziękuję wszystkim, za tę chwilę zapomnienia i życzę każdemu przeżycia takiego dnia. Po siedmiu chemiach, skierowana zostałam do Instytutu Onkologii im. Marii Skłodowskiej Curie, przy ulicy Wawelskiej w Warszawie, gdzie poddana miałam zostać radioterapii. Przed radioterapią spotkałam się z Panią Doktor z Instytutu Onkologii, która poinformowała mnie o czekającej terapii i objaśniła wszystkie powikłania, jakie mogą wystąpić. Dowiedziałam się wówczas, że promienie obejmą tkanki w okolicy pęcherza, z których wyrastał guz oraz zahaczą o jajniki, odbyt i jelita. Dlatego, z każdą z tych części miały wystąpić problemy. Następnie położono mnie na aparacie, gdzie nad moim brzuchem świeciły lasery, a po ich liniach czerwonym mazakiem namalowano na mnie kratkę J, według której każdego dnia ustawiano odpowiednie ułożenie laserów do radioterapii. Przyjęłam trzydzieści lamp, a pojedyncze naświetlanie trwało około trzech, czterech minut. Przez cześć tygodni nie mogłam moczyć skóry od pępka do połowy ud, gdyż miejsca napromieniania nie powinno mieć styczności z wodą.
Kamil
Było to bardzo uciążliwe i cieszyłam się wówczas, że nie mam włosów, bo nie muszę codziennie myć głowy. Kiedy jednak chciałam umyć części ciała, które można było zamaczać, stawałam w wannie do góry nogami i mama oblewała mnie prysznicem od pępka w dół (w takiej pozycji, było to od pępka do głowy). Następnie wchodziłam do wanny i myłam się od stóp do… kolan.
Miejsca naświetlne,
obmywałam jedynie nawilżonymi chusteczkami. Sytuacja ta była bardzo zabawna, ale tęskniłam za zwykłą kąpielą. Tak prosta czynność, jaką jest codzienna kąpiel, traktowana przez nas częściej jako obowiązek niż przyjemność, wydawać by się mogła nic nie znaczącym epizodem dnia codziennego. Często nie zwracamy uwagi, na te, właśnie proste czynności, bez których wykonywanie tych „najważniejszych” za jakie uważamy pracę czy naukę, byłoby nie możliwe. Kąpanie, jedzenie, czy oddawanie moczu uważamy za coś, co będziemy mogli robić zawsze.
Agnieszka Orłowska
Cieszę się, że przez chorobę, było mi dane odkrywanie szczęścia dnia codziennego, tego co wielu uważa za rutynę. Ja dzisiaj, nie żądam niczego więcej. Czy to, że możemy wstać każdego dnia o własnych siłach, że potrafimy przełknąć samodzielnie każdy kęs jedzenia, że potrafimy utrzymać to jedzenie samodzielnie w dłoniach, że mamy dłonie, że możemy bez przeszkód
wykonać każdą czynność
fizjologiczną, niezbędną do egzystencji, nie jest wystarczającym powodem do radości? Dla mnie każdy kolejny dzień, w którym mogę swobodnie się załatwić (co było dla mnie ogromną trudnością przez długi czas choroby) jest ogromnym darem. A dzień, w którym zanurzam się w wannie z gorącym źródłem życia, jest prawdziwym świętem. I tak, po trzech tygodniach od zakończonych naświetlań (przez trzy tygodnie jeszcze oddziaływało promieniowanie, więc także nie można było dotykać wody), świętowałam przez kolejny miesiąc.
Poza drobnymi uciążliwościami, które w porównaniu z chemioterapią, wydawały się niczym złamany paznokieć przy uciętym palcu, czas radioterapii wspominam BARDZO miło. Przez pięć tygodni czułam się doskonale. Mieszkałam na oddziale onkologii, ale na każdy weekend wyjeżdżałam do domu. Czułam się jak studentka. Moja kondycja fizyczna była coraz lepsza, dlatego każdego weekendu, spędzałam ze znajomymi oraz wychodziłam na wszelkiego rodzaju imprezy kulturalne i koncerty. Bawiłam się doskonale, gdyż miałam dużo wolnego czasu. Były to chwile, gdy poznałam wielu cudownych ludzi, często w pociągu, w którym spędzałam dziesięć godzin tygodniowo, bądź w samej Warszawie. Przyjeżdżałam wcześniej, niż przewidziana była wizyta na onkologii i przyjaciele oprowadzali mnie po stolicy, odwiedzałam teatry, znane miejsca i mniej znane, lecz urocze zakątki stolicy. W dużej mierze za te doznania muszę podziękować Agnieszce, z którą zaprzyjaźniłam się w trakcie leczenia. I wciąż podtrzymuję stwierdzenie, że dobrzy
Marcin
ludzie są nam zsyłani na każdym kroku. Trzeba tylko wyciągnąć po nich rękę. Po raz pierwszy wysiadając na Dworcu Centralnym, nie znałam tu nikogo. Dzisiaj, gdy jadę na wizytę do poradni onkologicznej,
muszę przyjeżdżać znacznie wcześniej, gdyż w ciągu jednego dnia nie zdążyłabym spotkać się z nimi wszystkimi. A przecież tyle dla mnie zrobili…
Dopiero szóstego tygodnia naświetlań, pojawiły się powikłania. Naświetlane miejsca należało stale nasmarowywać przepisanymi maściami i uważnie pielęgnować.
W czasie naświetlań, wciąż zastanawiałam się, kiedy będę mogła zapisać się na upragniony kurs prawa jazdy, który musiał zostać odłożony w czasie. Ale o ile? Pewnego dnia postanowiłam
Przemek
zasięgnąć rady u Pani Profesor Kliniki Onkologii, która ku mojemu wielkiemu zdziwieniu stwierdziła, iż na kurs mogę zapisać się, kiedy tylko poczuję się na siłach a leczenie nie wyklucza przystąpienia od egzaminu. Przy następnym pobycie w domu zapisałam się na prawo jazdy. Choć po radioterapii
znów włączono mi
chemię, było to już
leczenie słabsze, w porównaniu z pierwszymi siedmioma kuracjami. Dlatego częściej bywałam w domu i między kolejnymi wyjazdami do stolicy, uczyłam się przepisów ruchu drogowego. Raz zdarzyło mi się, że w trakcie zajęć musiałam wyjść do toalety, ale zwymiotowałam i mogłam znów wrócić na salę. W czasie chemioterapii nieustannie wymiotowałam, więc przyzwyczaiłam się do tego jak do chodzenia do szkoły (na jedno ani drugie nie mamy przecież wpływu). Wymiotowałam wszędzie, od ubikacji, przez autobusy pociągi aż po dworce kolejowe, a że chemioterapię po naświetlaniach znosiłam dużo lepiej niż pierwsze dawki, często wychodziłam z domu (co było niemożliwe przez pierwsze pół roku leczenia) i spotykałam się ze znajomymi. Zdarzały się jednak sytuacje podobne jak na kursie na prawo jazdy, lecz nie mogłam przecież pozwolić, by drobne incydenty przeszkadzały mi w funkcjonowaniu. Wychodziłam na spotkania, wymiotowałam i znów wychodziłam. Dzisiaj, gdy o tym piszę, zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób może czuć się zażenowane bądź zniesmaczone, gdy opowiadam o wymiotowaniu tak, jak o chodzeniu do szkoły czy na zakupy. Ja nie wstydzę się niczego, co działo się ze mną i z moim organizmem podczas minionego roku. Nie wstydziłam się również, gdy jeździłam po chemioterapii pociągami czy autobusami, zupełnie bez sił i słaniałam się na nogach, a w przedziałach leżałam blada, bezsilna, łysa i ledwie oddychająca. Choć ciężko było mi utrzymać głowę w pionie, starałam się jeszcze ją podnosić, by patrzeć w oczy gapiom. Nie wstydziłam się, bowiem, tego, że walczyłam, a z tym, że takie są metody radzenia sobie z rakiem, należy się po prostu pogodzić. Zatem nie wstydzę się opisywać, jak często było źle, by móc pokazać, jak często bywa pięknie. Słabości, które były wówczas bardzo widoczne są rzeczą ludzką i nie zależną ode mnie. Niestety ludzie wstydzą się mówić na forum publicznym o tragediach ludzkich, często zaś opowiadają, bądź chwalą się sytuacjami z życia i tym jak źle postępują z własnej woli, sytuacjami, które z człowieczeństwem nie mają nic wspólnego.
Po dwóch chemiach
KAcper i ja
po radioterapii, zostałam poddana badaniu rezonansowym, którego wyniki miałam poznać podczas trzeciej chemii. Pojechałam na nią z kuzynką, która jest w moim wieku. Beata opiekowała się mną doskonale, spełniając wszystkie moje zachcianki
żywieniowe,
które w czasie chemii można porównać do gustów kobiety ciężarnej. Przez trzy dni wspólnie z kolegami z oddziału oglądałyśmy mecze piłkarskich mistrzostw świata, śmialiśmy się i miło spędzaliśmy czas. Nagle na salę weszła moja Pani Doktor Prowadząca i podała skierowanie na prześwietlenie płuc. Natychmiast wyszła, a ja zaskoczona nie zdążyłam zapytać, dlaczego poddawana jestem dodatkowym badaniom. Ze spuszczoną głową wyszłam z sali, przypuszczając, że rezonans nie wyszedł najlepiej.
-Natalia!- na korytarzu usłyszałam głos – wiesz, że to już ostatnia chemia? - powiedziała Pani Profesor Kliniki Onkologii Danuta Perek… w rezonansie jest czysto!
Wyksztusiłam jedynie krótkie „Tak?”, mocno ją przytuliłam i wciąż zdezorientowana udałam się
W sierpniu 2006 zdałam prawo jazdy
na umówione badanie.
-To już koniec, ostatnia chemia, potem już wakacje. Ostatnia, rozumiesz?-
powtarzała skacząc wokół kuzynka, którą słabo wówczas słyszałam. Słabo też widziałam, pomyliłam piętro,
gdzie miało być
prześwietlenie, a
nogi lekko mi się uginały.
Po radioterapii Pani Profesor informowała, że podanych zostanie od trzech do sześciu chemii. Wyliczyłam więc, że sześć chemii potrwa do października, nie biorąc w ogóle pod uwagę, ze czas mógłby się skrócić jedynie od trzech. Byłam w jeszcze większym szoku niż na początku choroby. Nikt bowiem nie powiedział mi „Masz raka”, lecz dowiadywałam się stopniowo, co to może być. A tutaj osoba, której poświęciłam swoje życie, stanęła przede mną i powiedziała „Jesteś zdrowa”.
Po badaniu wróciłam na salę, gdzie wciąż powtarzałam, że nie mogę w to uwierzyć. Natychmiast oznajmiłam to wszystkim na oddziale, a wśród których moja radość była jeszcze większa, bo to oni najlepiej wiedzą, co znaczy usłyszeć „to już koniec”. Nie dzwoniłam jednak do nikogo ze znajomych ani nawet do domu. Wiedziała tylko Beata, której kategorycznie zakazałam informować kogokolwiek.
Nadzieja dodaje skrzydeł, a mnie wówczas radość ich dodała. Bowiem po każdej chemii spędzałam jeden dzień w domu, odpoczywając w łóżku. Mama myślała, że i tym razem tak będzie, więc czekała z pościelonym łóżkiem, a że był czerwcowy weekend pytała, czy następnego dnia zechcę pojechać nad jezioro, gdzie mamy kemping i tam odpoczywać. Nie miałam potrzeby odpoczywać w ogóle. Czułam się jak nowonarodzona, więc ku jej zdziwieniu spakowałam się i oznajmiłam, że jedziemy od razu. Zaprosiłam także najbliższe osoby i dopiero tam, wszystkim oznajmiłam, że jestem już zdrowa. Następnie do wszystkich też wysłałam sms-y z radosną wiadomością i przez całą noc odbierałam telefony z gratulacjami.
Przez cały okres choroby płakałam jedynie w czasie bólu fizycznego, trudnego do zniesienia, bądź gdy dokuczała mi gorączka, ale nie dawałam upustu emocjom gniewu czy żalu. Bo one tez rzadko mi towarzyszyły. Po ostatniej chemii jednak, płakałam przez cały miesiąc. Za każdym razem, gdy słyszałam śpiew ptaka, szum wiatru, gdy widziałam zachodzące słońce, gdy się załatwiałam i gdy przeglądałam się w lustrze, przypominałam sobie, wydarzenia minionego roku, a z oczu płynęły mi gorące jak lipcowe słońce łzy.
Po trzech tygodniach odpoczynku pojechałam z przyjaciółmi nad morze. W czasie dziesięciogodzinnej podróży spoglądałam za okno, na mijające drzewa i domy, na zmieniające się krajobrazy i ludzi. A w głowie krążyła mi tylko myśl, że jak wszystko inne, zło i ból przemijają i zawsze się kończą. O tym, co złe bardzo szybko się zapomina. Ale to, co piękne, nigdy się nie ulotni i na zawsze pozostanie w naszym sercu.

Warto stać
i przez sto lat
w czasie burzy
na wielkim deszczu, pozwalając,
by jego krople przenikały ciało dogłębnie
sprawiając zimno i ból,
by któregoś dnia
znów ujrzeć
wschodzące słońce.



A ONO ZAWSZE WSCHODZI !!!